Żyjemy w ciekawych czasach. Z jednej strony nasza wiedza nigdy nie była tak rozległa. Przedstawiciele homo sapiens na co dzień przebywają w przestrzeni kosmicznej. Przygotowujemy się do powrotu na Księżyc i całkiem serio myślimy o wyprawie na Marsa. Potrafimy wyleczyć choroby, które dziesiątkowały całe populacje. Stworzyliśmy modele językowe, które piszą za nas takie teksty jak ten (ale nie ten – ten piszę ja!). Jednocześnie obserwujemy prawdziwy wysyp pseudonauki (czy wręcz antynauki). Jest wśród nas niemało osób, które błędne ogniki teoretyków spiskowych wzięły za światło wiedzy. Ci zwiedzeni pokusą odnalezienia łatwych wyjaśnień na skomplikowane sprawy ludzie wątpią w ochronną moc szczepień i w kryzys klimatyczny, ale za to wierzą w chemikalia rozpylane z samolotów a nawet w jaszczuroludzi potajemnie rządzących światem. W tej mentalnej schizofrenii ciężko czasem oddzielić fakty od mitów. Sprawdźmy więc razem, jaką leczniczą mocą dysponuje las, co zaś należy włożyć między bajki.

Od intuicji do nauki
Instynktownie dobrze czujemy się w naturalnym otoczeniu. Najkrótszą spodziewaną długość życia (czasami sięgającą mniej niż 30 lat), osiągnęli nasi przodkowie z czasów industrialnych, wyrwani ze swoich wiosek i stłoczeni w nowopowstałych slumsach, z tragicznymi warunkami higienicznymi. Wspomnienia kronikarzy z tamtego okresu są dramatyczne – lekarze i aktywiści społeczni alarmowali, że w Londynie czy Paryżu żyły i umierały dzieci, które przez kilkanaście smutnych lat swojej egzystencji nigdy nie widziały nawet trawy (dostęp do przestrzeni zielonych był wówczas zastrzeżony dla elity. Więcej na ten temat przeczytasz w świetnej książce Bena Wilsona Miasto i dżungla. Jak natura wrosła w cywilizację).
Nie bez powodu sanatoria dla chorych (oczywiście tylko tych, którzy mogli sobie pozwolić na luksus leczenia), powstawały w niedostępnych, dzikich okolicach. Terapii zażywali tam reumatycy, gruźlicy czy osoby dotknięte schorzeniami mentalnymi. W latach 80’ ubiegłego wieku shinrin-yoku, czyli kąpiele leśne, stały się jedną z oficjalnych metod leczniczych – najpierw w Japonii, później także w innych krajach. Ale skąd w ogóle pomysł, że las jest dla nas zdrowszy niż szpitalna sala, własny dom czy nawet wiejski ogródek?
Terpeny – naturalny DEET
Te związki organiczne o skomplikowanych nazwach (np. α-pinen, D-limonen, borneol, cyneol) i jeszcze bardziej skomplikowanych wzorach chemicznych produkowane są przez drzewa, zwłaszcza iglaste. W naszej szerokości geograficznej mistrzami są sosny, świerki i jodły. Mieszkańcy cieplejszych rejonów świata wdychają te substancje dzięki cyprysom, eukaliptusom, kamforowcom czy cytrusom. W swoim ewolucyjnym założeniu terpeny chronią roślinę przed patogenami oraz tym wszystkim, co chce ją zjeść. Okazuje się jednak, że mogą one wyświadczyć ogromne przysługi ludziom, wykazują bowiem szereg leczniczych właściwości.
Inhalacja terpenów stymuluje nasz układ odpornościowy, powodując znaczący wzrost liczby oraz aktywności komórek NK (natural killers), które pełnią kluczową rolę w walce z wirusami i nowotworami. W złożonych procesach biochemicznych terpeny przeprogramowują działanie pewnych białek w naszych organizmach. Dzięki temu efekty ich działania utrzymują się przez wiele dni (a nawet tygodni) po powrocie z leśnej wycieczki.
Nie bez powodu w czasie przeziębienia mamy od pokoleń nacierają swoje chore maluchy mieszanką mocno pachnących olejków eterycznych. Terpeny wykazują silne działanie przeciwzapalne i przeciwalergiczne. Mogą być pomocne nawet przy schorzeniach tak poważnych jak astma, POChP, AZS czy RZS.
A to jeszcze nie wszystko. Wdychanie niektórych terpenów obniża poziom kortyzolu (uporczywie nazywanego hormonem stresu, jakby był jedynym winowajcą) oraz adrenaliny. Dodatkowo terpeny mają zdolność wyciszania układu współczulnego (tego, który każe nam walczyć lub uciekać, nawet jeśli przeciwnik jest wyimaginowany), aktywując w zamian układ przywspółczulny, umożliwiający relaks i regenerację.
Mali „starzy przyjaciele”
Hipoteza „starych przyjaciół” odnosi się do mikroorganizmów, w których otoczeniu zachodziła ewolucja gatunku homo sapiens. Przez większość naszego istnienia mieliśmy stały kontakt z najróżniejszymi grzybami, bakteriami i wirusami. Obecnie środowisko miejskie jest znacznie bardziej sterylne (choć nie oznacza to mniejszego zanieczyszczenia – przeciwnie, w powietrzu, którym oddychamy, unoszą się cząsteczki znacznie groźniejsze od bakterii). W efekcie ludzki układ odpornościowy doznał gwałtownego rozregulowania – stąd masowy wysyp chorób zapalnych, alergii a nawet zaburzeń depresyjnych i lękowych. Regularne wizyty w lesie wystawiają nas na działanie aeroplanktonu – drobnych organizmów unoszących się w powietrzu, które po prostu wdychamy, przywracając sobie równowagę.
Królową jest bakteria Mycobacterium vaccae. Powszechnie występuje ona w glebie, w błocie a nawet w roślinach. Nie tylko nie jest ona patogenem (czyli nie powoduje chorób u ludzi), ale jeszcze wyrządza nam ogromną przysługę: stymuluje neurony do produkcji serotoniny – neuroprzekaźnika odpowiedzialnego za dobry nastrój, redukcję lęku i poprawę zdolności uczenia się. Ma ona też udowodnione działanie przeciwzapalne i immunomodulujące (czyli regulujące działanie układu odpornościowego). Ta niepozorna bakteria realnie poprawia jakość naszego życia – dzięki niej jesteśmy zdrowsi i szczęśliwsi.
Jest tylko jedno „ale”: Mycobacterium vaccae jest tzw. komensalem przejściowym – czyli nie zasiedla naszego organizmu na stałe. Aby korzystać z jej dobroczynnego działania, musimy regularnie mieć z nią kontakt. Najłatwiej to zrobić spacerując po lesie (a wręcz kładąc się na ściółce), ale też pracując w ogrodzie.
Subtelny wpływ światła i koloru
Wstajesz rano gdy jest jeszcze ciemno. Niezależnie od tego, czy pędzisz do pracy w biurze czy na hali produkcyjnej, stykasz się tam ze sztucznym światłem, głównie w spektrum niebieskim. Jeśli jest jesień, zima lub wczesna wiosna, to istnieje duża szansa, że zanim wrócisz do domu, znów będzie ciemno i do wykonania niezbędnych czynności będzie trzeba jeszcze raz skorzystać z lamp. Jeszcze tylko odcinek serialu i scrollowanie przed snem – i już można odpocząć. Tylko że sen nie przychodzi, a jeśli już, to nie jest on zdrowy: za krótka faza REM czy nREM, koszmary, liczne wybudzenia. Wstajesz jak zombie – i cykl się powtarza.
Na ten szkodliwy schemat składa się wiele czynników, ale niebagatelny jest wpływ naturalnego światła słonecznego – czy raczej jego braku. Miliardy lat ewolucji życia pod naszą gwiazdą sprawiły, że niemal wszystko, co istnieje, przystosowało się do rytmu wschodów i zachodów. Nasze oczy są w stanie odbierać subtelne zmiany oświetlenia – nie rozumiemy, jak to się dzieje, ale WIEMY, kiedy przygaszone światło oznacza świt, a kiedy zmierzch. Powrót do kontaktu z naturą, w tym częste spacery po lesie, przywraca nam ten utracony regulator rytmu dobowego. Normuje się praca przysadki i znów jesteśmy w stanie zasnąć wieczorem i wstać rano (o ile nie zepsujemy tego nadmiarem ekranów czy złą dietą).
Szczególną korzyść odnosimy z przebywania w zielonym lesie (zimą warto więc wybierać lasy z przewagą drzew iglastych). Filtrowane przez korony drzew, rozproszone i migoczące światło redukuje odblaski i zapobiega zmęczeniu sensorycznemu, dając mózgowi poczucie bezpieczeństwa bez nadmiaru bodźców. Odzywają się też pierwotne struktury nazywane „gadzim mózgiem” – bo są tak stare, że współdzielimy je z gadami. Zarówno dla nas, jak i dla jaszczurek, zielenie i błękity kojarzą się z obfitością pokarmów i schronieniem. Wizualny kontakt z kolorem zielonym uwalnia receptory przyjemności w mózgu, obniża poziom stresu i znacząco stymuluje kreatywność oraz zdolności poznawcze. Już godzina spaceru po lesie zmniejsza aktywność ciała migdałowatego (struktury odpowiedzialnej za odczuwanie strachu, lęku i stresu) oraz subgenualnej kory przedczołowej (która każe nam się zamartwiać, rozpamiętywać i tworzyć negatywne scenariusze).
Pseudonauka poszła w las
Po tym gąszczu trudnych terminów i nieco mało efektownych dowodów na realną prozdrowotną działalność lasu, czas przyjrzeć się czemuś bardziej barwnemu, medialnemu i popularnemu: czyli pseudonauce, która zastępuje skomplikowaną biochemię czy neurobiologię prostymi opisami aury, energii czy wpływu gwiazd.
Chyba najbardziej rozpowszechnionym obrazem związanym z kąpielami leśnymi są ludzie przytulający się do drzew. I nie przeczę, sama to praktykuję i gorąco polecam – ale nie z tych powodów, dla których robią to ezoteryczni influencerzy. Drzewa nie emitują żadnej magicznej energii. To nie jest tak, że po przytuleniu brzozy stanie się to a po objęciu buka – coś zupełnie innego. Jednak samo sensoryczne doświadczenie – faktura kory, jej zapach, utrzymanie równowagi – kierują naszą uwagę na „tu i teraz”, poprawiając naszą uważność. Oddech się uspokaja, puls spowalnia, spada ciśnienie. To jest właśnie skutek bliskiego fizycznego kontaktu z drzewem.
Wiele mówi się też o jonizacji – i jest w tym gadaniu trochę prawdy. Rzeczywiście, niezbalansowane jony mogą nam przysporzyć wielu problemów. Za dużo lub za mało sodu, potasu, wapnia czy magnezu, kompletnie rozregulowuje nasz metabolizm a w ekstremalnych przypadkach może prowadzić do zagrożenia życia. Problem polega jednak na tym, że jonów dostarczamy sobie z pożywieniem, a nie przez skórę. Owszem, gdy chodzisz w butach na gumowych podeszwach a potem dotykasz metalowej szafki, ta może Cię „kopnąć” – ale to tylko niegroźne rozładowanie powierzchniowego ładunku elektrostatycznego. Upaść musi nawet teoria o bilansowaniu naładowanych dodatnio wolnych rodników przez ujemnie naładowaną ziemię – po pierwsze: część wolnych rodników również posiada ładunek ujemny. A po drugie: nasza skóra stawia opór, który są w stanie sforsować wyłącznie cząsteczki subatomowe poruszające się z ogromną prędkością. Potrafią one przeniknąć do wnętrza naszych ciał i tam utworzyć jony, niszcząc przy tym nasze własne, zdrowe cząsteczki. Zjawisko to nazywa się promieniowaniem jonizującym i trudno zetknąć się z nim w lesie – chyba że to las w okolicach Prypeci.
Na koniec wspomnijmy jeszcze o kilku sformułowaniach, które świadczą o ludzkiej kreatywności: promieniowanie kształtu (czyli szczególny wpływ, jaki ma na nas wywierać określony kształt, np. drzewo czy piramida) albo fala biogennna (czyli drgania rzekomo emitowane przez żywa organizmy a blokowane przez maszty telefonii komórkowej czy technologię Wi-Fi) to już czysta fantastyka i pozwolicie, ale nie będę tracić na nie czasu. Wolę iść w las!
Lecznicza moc lasu – najczęściej zadawane pytania
Jak las wpływa na zdrowie ludzkie?
Las realnie wspomaga leczenie i profilaktykę zdrowotną poprzez mechanizmy biochemiczne, mikrobiologiczne oraz neurobiologiczne. Przebywanie w lesie stymuluje układ odpornościowy, obniża poziom hormonów stresu, reguluje ciśnienie krwi oraz poprawia jakość snu. Efekty te są potwierdzone badaniami naukowymi, a nie jedynie intuicją.
Co to są terpeny i w jaki sposób wzmacniają naszą odporność?
Terpeny to lotne związki organiczne wydzielane przez drzewa, zwłaszcza iglaste, w celu ochrony przed patogenami. Wdychanie terpenów u ludzi stymuluje produkcję i aktywność komórek NK (natural killers), odpowiedzialnych za zwalczanie wirusów i komórek nowotworowych. Ich przeciwzapalne i tonujące działanie na układ nerwowy utrzymuje się nawet przez kilka tygodni po wyjściu z lasu.
Jak przebywanie w lesie pomaga w walce ze stresem i depresją?
Wizyta w lesie wycisza układ współczulny (odpowiedzialny za reakcję „walcz lub uciekaj”) i aktywuje układ przywspółczulny, co redukuje poziom kortyzolu i adrenaliny. Ponadto światło przefiltrowane przez korony drzew redukuje aktywność ciała migdałowatego (ośrodka lęku) oraz subgenualnej kory przedczołowej, hamując ciągłe zamartwianie się i natrętne myśli.
Czym jest bakteria Mycobacterium vaccae i dlaczego warto mieć z nią kontakt?
Mycobacterium vaccae to niepatogenna bakteria glebowa wykazująca działanie immunomodulujące i przeciwzapalne. Kontakt z nią stymuluje mózg do produkcji serotoniny – hormonu odpowiedzialnego za dobry nastrój, redukcję lęku i uczenie się. Ponieważ bakteria ta nie zasiedla organizmu na stałe, wymaga regularnej ekspozycji, np. podczas spacerów czy pracy w ogrodzie.
Czy przytulanie się do drzew ma naukowe uzasadnienie?
Przytulanie drzew nie działa ze względu na magię, energię czy „aurę” danej rośliny. Działanie terapeutyczne wynika z doświadczenia sensorycznego (skupienie na fakturze kory, zapachu, oddechu), które działa jak praktyka uważności. Skierowanie uwagi na „tu i teraz” fizycznie obniża ciśnienie krwi, spowalnia puls i uspokaja oddech.
Jak spacer po lesie wpływa na sen i rytm dobowy?
Ekspozycja na naturalne, rozproszone światło słoneczne w lesie przywraca prawidłowy rytm biologiczny rozregulowany przez sztuczne oświetlenie i ekrany. Pomaga to unormować pracę przysadki mózgowej i produkcję melatoniny, co ułatwia zasypianie oraz poprawia jakość i długość snu.
Czy uziemianie usuwa z ciała wolne rodniki?
Nie, koncepcje usuwania wolnych rodników przez podłoże czy specyficzną jonizację skóry to mity. Ludzka skóra stanowi barierę elektryczną nie do przebycia dla tego typu ładunków, zaś jonów dostarczamy sobie z pożywieniem, nie przez skórę.
