Kategoria:

Recenzja: „Nomadland”, C. Zhao, 2020

by

Zamieszczone na blogu recenzje książek i filmów zawierają moje osobiste interpretacje i przemyślenia. Nie stanowią one efektu współpracy komercyjnej.

*RECENZJA NIE ZAWIERA SPOJLERÓW*

Amerykańskie kino od swojego zarania eksploruje mit nomady. Poczynając od postaci Trampa – wiecznego włóczęgi wykreowanego przez Chaplina, przez wstrząsające „Grona gniewu” (które i tak nie zbliżają się nawet do fenomenalnego książkowego oryginału) i rozliczne westerny o sprawiedliwych kowbojach walczących sam na sam z hordami złoli. Potem pseudo-kontrkulturywy „Easy Rider” i naiwny „Mistrz kierownicy ucieka”, potem wywracające schematy „Thelma i Louise”, potem subtelna „Prosta historia”, a między nimi i po nich setki lepszych i gorszych filmów o banitach, uciekinierach, wyrzutkach oraz tych, którzy z własnej woli wybrali los nomady (albo wybrali go, bo był mniejszym złem).

Do tych ostatnich właśnie zalicza się Fern – bohaterka „Nomadland”. Przynajmniej na początku filmu. Kapitalizm zebrał swoje żniwo – uczciwie pracujący ludzie stracili jedyne źródło dochodu, a wraz z nimi domy, majątek gromadzony przez całe życie i wszelką nadzieję na to, że kiedyś będzie lepiej. Fern jest wdową po 60-tce i trzeźwo patrzy na świat. Może i mogłaby jechać do siostry, której powiodło się lepiej, i prosić ją o dach nad głową, ale czy to ze względu na swoją dumę, czy też swoją indywidualność, decyduje się jednak na zakup starego vana zaadaptowanego na mobilne mieszkanie – i wyruszenie w drogę.

A tutaj czeka ją wiele trudów i równie wiele wzruszeń. Los pracownika sezonowego, zarabiającego od przypadku do przypadku, nie jest tu romantyzowany (no, może poza pracą w Amazonie, kiedy to scenarzystka i reżyserka Chloé Zhao jakoś zapomniała wspomnieć o wyzysku i podłym traktowaniu, portretując giganta raczej jako dobrego wujka i pokrzepiciela strapionych). Fern spotyka podobnych sobie ludzi. Są tacy, którzy nazwaliby ich przegrywami i nieszczęśnikami. Są i tacy, którzy reagują złością, podświadomie zazdroszcząc im jednak tej wolności rozumianej jako brak zobowiązań.

Ogromnym walorem filmu jest fakt, że większość postaci to autentyczni nomadzi. Z prostotą i gościnnością wpuszczają kamerę do swoich domów na kółkach i pozwalają portretować się przy swoich typowych zajęciach, bez zbędnej ingerencji w ich wizerunek. Z tych pozbawionych dóbr materialnych ludzi bije godność nieosiągalna dla cieszących się dobrobytem pracowników korporacji. Oni niczego nie muszą udowadniać, przed nikim nie muszą się popisywać. W tym bardzo przypominają bohaterów Steinbecka.

To nie jest typowy blockbuster. Amerykański sen się skończył, a dla niektórych okazał się koszmarem. Wujek Sam wydziedziczył swoje dzieci – i to dokładnie te, które najciężej pracowały na jego gospodarczą potęgę.

Osobnym bohaterem filmu jest Natura. Surowe krajobrazy stanowią doskonałe tło dla historii pozbawionych naiwnego romantyzmu. Ale chociaż nomadom przychodzi się zmierzyć raz z pustynnym pyłem, raz z przeszywającym mrozem, to jednak Natura nie jest ich przeciwnikiem. W niepewnym życiu tych wiecznych wędrowców jawi się ona jako jedyna stała – ten element świata, na którym można się oprzeć i który ostatecznie niesie ukojenie i pokrzepienie.

Na tym blogu nie znajdziesz recenzji dzieł, które mi się nie podobały. Są tu tylko polecajki książek i filmów, które w mojej subiektywnej opinii są naprawdę warte przeczytania i obejrzenia. Jeśli trafiam w Twój gust, tutaj publikuję recenzje wszystkich książek, jakie czytam.