Wchodzisz do lasu i od razu czujesz się swojsko. Te wszystkie drzewa były tutaj od niepamiętnych czasów. Towarzyszyły naszym przodkom przez pokolenia. Pod takim samym dębem, pięknie czerwieniejącym na jesień, mógł kłaść głowę Mieszko I w drodze pod Cedynię. Pod identycznym klonem mógł pisać swoje wiersze Rej. A pod akacjami mogła przechadzać się Nawojka, główkująca, jak tu zdobyć wyższe wykształcenie i przechytrzyć akademicki patriarchat Uniwersytetu Krakowskiego. Tylko że… nie. Może i same wizje nie są nieprawdopodobne, ale jeśli już, to scenki odbywały się w otoczeniu innych drzew – bo takich u nas jeszcze nie było.

Czym są gatunki inwazyjne i dlaczego mogą szkodzić?
Ekosystem to nie śnieżna kula z pozytywką – to oczywiste, że gatunki naturalnie przemieszczają się, mieszają, zajmują wzajemnie swoje terytoria, przepędzają się, doprowadzają do wyginięcia i napędzają ewolucję. Póki te procesy przebiegają powoli, przyroda ma czas się dostosować (i chodzi zarówno o sam gatunek nowy na danym terenie, jak i o ekosystem, w którym się znalazł). Ale gdy na scenę wkracza człowiek, wszystko ulega zmianie. A zmiana ta może mieć dwojaki charakter: zachodzi ekstremalnie szybko i może dotyczyć gatunku, który nigdy naturalnie nie znalazłby się na danym terenie (bo np. po drodze ma wysokie góry lub ocean). Często oba te warunki są spełnione jednocześnie.
Bardzo często w takiej sytuacji nie dzieje się nic spektakularnego. Jakieś drzewo zostało sprowadzone celowo lub przez przypadek, ale ani nie rozprzestrzenia się dalej z ekstremalną intensywnością, ani nie narusza równowagi biologicznej. Ot, wpada sobie w dostępną niszę i grzecznie tam siedzi. Przykładem takiego drzewa jest kasztanowiec zwyczajny (Aesculus hippocastanum). Tak tak – trudno uwierzyć, ale poczciwy kasztanowiec, którego kwitnienie zwiastuje początek matur a owocowanie – koniec lata, nie jest Polakiem z krwi i kości, lecz migrantem z Bałkanów (choć trzeba przyznać, że zdążył się już dobrze zadomowić, bo sprowadził go do nas zachwycony jego urokiem Stefan Batory). Taki organizm nazywamy gatunkiem obcym neutralnym.
Gorzej kiedy przybysz zaczyna się panoszyć, wypierając gatunki rodzime i zubożając bioróżnorodność ekosystemu. Zmiany, do jakich może doprowadzić jego pojawienie się, są trudne do przewidzenia i potencjalnie katastrofalne. Takim intruzem jest bożodrzew gruczołowaty (Ailanthus altissima), który nie tylko rośnie błyskawicznie, odbierając innym siewkom niezbędne światło, ale dodatkowo zatruwa glebę, uśmiercając okoliczne rośliny. Gdy pojawienie się jakiegoś organizmu doprowadza do tak fatalnych konsekwencji, to nazywamy go gatunkiem obcym inwazyjnym.
Skąd biorą się gatunki inwazyjne w polskich lasach?
Inwazyjne gatunki obce nie spadają z nieba, a w większości nie przybywają też do nas drogą naturalną (np. na skutek wielopokoleniowych migracji, trwających tysiące lat). To my sami odpowiadamy za ich introdukcję w naszych lasach.
Czasami dzieje się to mimowolnie i przypadkowo: ktoś wyjechał na egzotyczne wakacje i na podeszwie buta przywiózł nasionko, które następnie wykiełkowało w jego ogrodzie. Jakiś pracownik zamorskiej platformy sprzedażowej wysłał nam je w paczce wraz z kolejną partią podejrzanie taniej elektroniki.
Ale bywało i tak, że problem stwarzaliśmy sobie całkowicie świadomie i intencjonalnie. Obce gatunki bywały sprowadzane dla celów ozdobnych albo dla maksymalizacji zysków z biznesu, np. poprzez hodowlę drzew, które wyjątkowo szybko rosną lub których drewno ma właściwości szczególnie pożądane przez nabywców, albo które wspaniale wyglądają jako ciekawostka w parku czy ogrodzie botanicznym. Kapitalizm już dawno wkroczył do lasów.
Zadomowieni zagraniczni goście
No to teraz przygotuj się na ostrą jazdę bez trzymanki, bo przedstawię Ci 4 gatunki, których polskości pewnie nigdy nie przyszło Ci na myśl kwestionować – a tymczasem są to drzewa nie tylko obce, ale też inwazyjne, w kolejności od najwcześniej do najpóźniej sprowadzonych.
Robinia akacjowa (Robinia pseudoacacia)
Przepiękna akacja, a właściwie robinia akacjowa, zachwycała dostojników dworskich samym początkiem XVII wieku. Najpierw z Ameryki Północnej trafiła do Francji, skąd szybko rozprzestrzeniła się na całą Europę. Ma ona wyjątkową zdolność wyłapywania azotu z powietrza i użyźniania nim gleby. To chyba dobrze, nie? No właśnie nie do końca. Nie tylko ludziom przekarmianie nie służy. Po pewnym czasie w okolicy zajętej przez robinie pozostają tylko te rośliny, które mają wybitne zapotrzebowanie na azot i wysoką możliwość jego wykorzystania. Dodatkowo korzenie akacji tworzą gąszcz jak krzaki róży pod pałacem Śpiącej Królewny – nie do przebycia dla innych drzew.
Obecnie robinii mamy najwięcej na południowym zachodzie kraju. Bezwzględnie nie wolno wprowadzać jej do środowiska (np. na łąkach). Nasadzenia w obszarach zieleni miejskiej czy w ogrodach są dozwolone, ale ekolodzy mocno apelują, aby tego nie robić.
Klon jesionolistny (Acer negundo)
Pojawienie się klonu jesionolistnego w Polsce można tłumaczyć żądzą wiedzy albo… snobizmem. Na przełomie XVIII i XIX wieku zainteresowali się nim zarówno botanicy, jak i właściciele posiadłości i pasjonaci ogrodnictwa (a był to czas szczególnie intensywnego rozwoju ogrodnictwa jako hobby!). Cele były nawet szczytne: szukano drzewa zdolnego przetrwać i suszę, i mróz, gotowego egzystować na ubogich glebach i w zanieczyszczonym środowisku. W tym kontekście klon jesionolistny jawił się jako wybawienie – sposób na szybkie zazielenienie zdegradowanych połaci ziemi.
I poradził sobie świetnie. W sumie to aż za. Drzewo to błyskawicznie rośnie, wygrywając w przedbiegach rywalizację o życiodajne światło. Po ścięciu odrasta niczym głowy Hydry, więc walka z nim jest szczególnie trudna (jak z armią Nekromanty w Heroes of Might and Magic). Aktualnie obowiązuje całkowity zakaz hodowli, sprzedaży i wprowadzania do środowiska klonu jesionolistnego, ale jest już nieco za późno – gatunek występuje powszechnie niemal w całej Polsce, poza Pomorzem.
Czeremcha amerykańska (Prunus serotina)
To wyjątkowy oportunista – może być drzewem lub krzewem, w zależności od warunków. Do Polski czeremcha amerykańska trafiała stopniowo – już w pierwszej połowie XIX wieku stanowiła ozdobę parków, ale za jej rozprzestrzenienie się w lasach w XX wieku odpowiadają… leśnicy. Podobnie jak w przypadku klonu jesionolistnego, plan był dobry: czeremcha miała zasilić zubożałe lasy, zapobiec wysychaniu gleby i wzbogacić ją swoimi opadającymi liśćmi.
Niestety nie wszystko przewidziano. Leśnicy nie wiedzieli wówczas, że liście czeremchy owszem, rozłożą się w glebie, ale wprowadzą też do niej substancje chemiczne drastycznie zmieniające pH. Te drzewa, które zdołają przetrwać, zostaną zduszone na wczesnym etapie wzrostu – albo nie przebiją się przez czeremchowe chaszcze na poziomie podszytu, albo nie otrzymają dość światła, zagrabionego przez korony. Nic dziwnego, że czeremchy amerykańskiej nie wolno już sadzić ani w lasach, ani w parkach, ani w prywatnych ogródkach. Nie zmienia to jednak faktu, że zdążyła się ona rozpanoszyć na Górnym Śląsku oraz w Polsce zachodniej i centralnej.
Dąb czerwony (Quercus rubra)
W kontekście dendrologicznym dąb uchodzi za ikonę polskości. Tylko że nie każdy – bo akurat ten czerwony trafił do nas dopiero na przełomie XIX i XX wieku. Zarządcy zieleni miejskiej sadzili go w parkach z uwagi na przepiękny odcień, jaki jego liście przybierają jesienią. Leśnicy podeszli do zagadnienia znacznie bardziej pragmatycznie – miał on stanowić alternatywę dla dębów rodzinnych. Rośnie szybciej, ma znacznie niższe wymagania glebowe a do tego daje drewno o świetnych właściwościach technicznych. Gdzie wady?
Głównie w liściach, które są bardzo grube. Taki szczegół, a jak wiele zmienia! Te piękne liście dębu czerwonego zalegają w lesie znacznie dłużej, przez co zakwaszają glebę i blokują rozwój innych siewek. Jak by tego było mało, żołędzie tego dębu zdają się być wyjątkowo smakowite – zwierzęta chętnie je spożywają i przenoszą, przyczyniając się do szybszej ekspansji drzewa.
Co ciekawe, dąb czerwony nie jest objęty tak surowymi restrykcjami, jak wyżej opisane gatunki. To jednak nie oznacza, że można go sadzić do woli – jest to zabronione zwłaszcza w pobliżu terenów chronionych czy na obszarach o wysokiej wartości przyrodniczej.
Co robić z gatunkami inwazyjnymi?
Po przeczytaniu tego tekstu świerzbi Cię ręka i masz ochotę chwytać za siekierę? Nie tak prędko. Radykalna wycinka nie zawsze ma sens. Zdarza się to głównie na obszarach rezerwatów czy parków narodowych, gdzie inwazyjne gatunki mogłyby siać spustoszenie wśród szczególnie cennej lokalnej przyrody. Czasami też usunięcie intruza stanowi wstęp do nasadzeń drzew rodzimych.
Bezmyślne wycinanie bywa nieskuteczne w przypadku części gatunków – bo wypuszczają liczne odrośle albo już dawno przeniosły się z wiatrem czy w brzuchach zwierząt na inne obszary. No i jednak ciągle mówimy o żywej istocie.
Zgodnie z zasadą, że lepiej zapobiegać niż leczyć, lepszym trendem jest niedopuszczanie do rozprzestrzeniania się inwazyjnych gatunków: restrykcje w kwestii sadzenia i sprzedaży, wspieranie rodzimych gatunków i akcje edukacyjne, dzięki którym społeczeństwo zrozumie, że przyniesienie siewki z lasu na własną działkę to słaby pomysł.
Inwazyjne gatunki drzew – najczęściej zadawane pytania
Czym różni się gatunek obcy od gatunku inwazyjnego?
Gatunek obcy został sprowadzony na dany teren przez człowieka, ale nie musi szkodliwie wpływać na środowisko. Gatunek inwazyjny (IGO) nie tylko jest obcy, ale dodatkowo szybko się rozprzestrzenia, wypiera rodzime rośliny, zmienia właściwości gleby i zagraża lokalnej bioróżnorodności.
Czy wycinka drzew inwazyjnych na własnej działce wymaga zezwolenia?
Wycinka gatunków inwazyjnych na prywatnej posesji często podlega uproszczonym procedurom lub zwolnieniom, ale zasady zależą od obwodu pnia oraz lokalnych przepisów (np. uchwał gminy). Zawsze warto zgłosić intent wycinki do Urzędu Gminy/Miasta, aby uniknąć kar finansowych.
Jakie gatunki drzew inwazyjnych są całkowicie zakazane w Polsce?
Zgodnie z przepisami prawa zakazane jest sprowadzanie, hodowla, oferowanie do sprzedaży i wprowadzanie do środowiska m.in. bożodrzewu gruczołowatego (Ailanthus altissima) oraz klonu jesionolistnego (Acer negundo). Zakazane są również nasadzenia czeremchy amerykańskiej (Prunus serotina).
Dlaczego akacja (robinia akacjowa) szkodzi polskim lasom, skoro jest rośliną miododajną?
Mimo że robinia jest cenną rośliną dla pszczelarzy, wiąże azot z powietrza i drastycznie użyźnia glebę. Zmienia to naturalne środowisko leśne, co uniemożliwia wzrost rodzimym gatunkom drzew i sprzyja rozwojowi wyłącznie roślin azotolubnych (np. pokrzyw).
